Sceny w filmach, na które jestem już za stary

Sceny w filmach, na które jestem już za stary

Zaczęło się od tego, że dawno, dawno temu poszedłem do kina na Niezniszczalnych 2. Od początku filmu zastanawiałem się czy lepiej co pięć sekund trzaskać się po czole podczas wykonywania facepalma czy zwyczajnie pójść spać, a to i tak po wzięciu pod uwagę, że to co jest na ekranie, nie jest przecież całkowicie na serio.

Innym razem włączyłem Gwiezdne Wojny: Atak klonów, bo zapamiętałem je jako pełen akcji i machania mieczami świetlnymi film, w którym Yoda nie zgrywa wioskowego mędrca, a Obi Wan nie jest dziadygą dotkniętym przez demencję starczą. 75% filmu mnie rozczarowało.

Ostatni etap przypadł na wczorajszy dzień. Znów postanowiłem obejrzeć coś energetycznego, więc padło na X-Men: Przeszłość, która nadejdzie. Pamiętałem, że w box office był szał, a ocenę miał lepszą niż jakikolwiek inny film z tej serii. I co zobaczyłem? Film, w którym obrazy wyglądały jak w marnej grze komputerowej, drewnianą grę aktorską, fabułę, która zwyczajnie była nudna, a że nie jestem kobietą, to całości nie uratowały nawet mięśnie Hugh Jackmana.

To zaś skłoniło mnie do spojrzenia prawdzie w oczy i stwierdzenia: „Trudno, na niektóre sceny w filmach zrobiłeś się już za stary”. Na co? Chociażby na:

1. Przydługie pojedynki końcowe pełne słów: „Załatwmy to jak mężczyźni”.

2. Bohaterów obdarzonych supermocami, którzy chodzą i mówią jak to jest im ciężko i że z wielką siłą wiąże się wielka odpowiedzialność, chociaż każdy normalny człowiek potraktowałby możliwość latania jak wygraną w lotka i żyłby bardziej spektakularnie niż Dan Bilzerian. Oznacza to, że Iron Man jest super, Batman wciąż niezły, „Strażnicy Galaktyki” do przeżycia, a Avengersów ratuje tylko obecność Iron Mana, ale cała reszta? Do kosza.

3. Rozbrajanie bomb w ostatniej sekundzie.

4. Czarno-białe postacie. Wiadomo, dobry bohater jest ideałem i może on wyrzyna wszystkich, ale przynajmniej robi to w słusznej sprawie. Problem w tym, że to czy ktoś jest czarnym charakterem czy nie, zależy od punktu siedzenia i od niczego więcej. Bardzo ładnie pokazała to w tym roku chociażby „Maleficent”.

5. Rozdmuchane życie emocjonalne bohaterów w stylu: „Tata mnie nie kochał, więc teraz biorę wszystkie dragi jakie znajdę, a w trzeciej klasie podstawówki dostałem ze sprawdzianu czwórkę, a on spytał dlaczego nie piątkę. To zniszczyło mi życie!!!”. Mogę się mylić, ale każdy ma wokół siebie wystarczająco dużo nieudaczników, żeby nie musieć na nich patrzeć w kinie.

6. Niezdecydowanych ludzi, którzy rozstają się i wracają do siebie przez bite dwie godziny (albo osiem sezonów serialu).

7. Bohaterów, którzy nigdy nie umierają. Całe szczęście dzięki „Grze o tron” już wiadomo, że nie musi tak być.

8. Opowiadanie banałów. Takich co je słyszysz i masz ochotę uderzyć przypadkową osobę w ryj. Takich w rodzaju: „Przeszliśmy tą całą drogę, żeby odkryć, że liczy się przyjaźń i miłość”, „Będę walczyć o dobro!”, „Prawdziwa miłość nie umiera nigdy”.

9. Komedie romantyczne. Scena po scenie. Tak naprawdę jeśli chodzi o komedie romantyczne to „Dziennik Bridget Jones” trzyma poziom i gdybym był kobietą to po rozstaniu tylko przy nim pożerałbym dwulitrowe opakowania lodów. Cała reszta robi z widza kretyna.

10. Filmy, których jedynym wartościowym elementem są efekty specjalne. Efekty specjalne to super sprawa, ale jeśli są tłem do historii, a nie ją zastępują.

11. Sceny przedstawiające faceta, który dla laski, w krótkiej spódniczce ratuje świat, a później dostaje całusa w policzek.

12. Niechlujne ujęcia w postaci czystych średniowiecznych żebraków albo wszystkich bohaterek wyglądających jakby dostały rolę ze względu na słabość producenta do ich typu urody. Niby niewiele, ale to razi i to mocno.

13. Luki logiczne i to mimo że nie jestem widzem, który przesadnie się czepia i notuje je wszystkie w pamięci sądząc, że wydłuży to jego penisa, ale bez przesady! Czasem to co robi Hollywood nie różni się w ogóle od tego co spotyka się w Bollywood, a przebieg akcji wygląda tak:

dance

Natomiast bardzo się cieszę, że jeszcze nie jestem za stary na Fight Club, Indianę Jonesa, filmy Scorsese, nieco mniej filmy Tarantino i niektóre obrazy serwowane przez Woody’ego Allena,  a to już całkiem nieźle. Tylko wciąż wolałbym, żeby zamiast 150 słabych filmów rocznie, do kin wchodziło 15 dobrych.

Może kiedyś tak będzie, bo jak sobie przypomnę filmy z lat 90-tych! To dopiero były gnioty!

  • I.S.

    Polecam „Shame” bardzo dobra muzyka + gra aktorska i temat ciekawy.

  • Ebi

    Całkowicie się zgadzam. Dlatego sądzę że ściąganie filmów z internetu jest jak najbardziej dobrym pomysłem, bo jeśli coś okazuje się tak beznadziejne, to przynajmniej nic na tym nie tracimy (oprócz czasu, w którym to oglądaliśmy :P)