Fajne laski się nie odchudzają

Fajne laski się nie odchudzają

Nie ma nic piękniejszego niż pójść z atrakcyjną kobietą na obiad i zjeść razem steka, burgera lub pizzę.

Bez liczenia kalorii. Bez mówienia, że to „fuj”. Bez płakania, że to za dużo. Bez słuchania: „Ale przez to przytyję!” i bez podejrzeń, że kiedy tylko pójdzie do łazienki to włoży sobie dwa palce w gardło i pozbędzie się wszystkiego co zjadła.

Nie mówię tak dlatego, że jestem jednym z facetów, którzy „kochają krągłości”. Jak już to jestem tym, który powie ci, że powinnaś zacząć biegać zamiast żałować, że nie żyjesz w czasach Rubensa. Jakby tego było mało, jestem też jednym z tych mężczyzn, których irytuje ilość patologii jaka związana jest ze stosowaniem diet.

Chodzi o pięć problemów.

Po pierwsze, katujesz się jedząc coś czego nie lubisz, w ilości, która cię nie zadowala. Nie brzmi to jak niezła zabawa, prawda? Nie dość, że tak nie brzmi to jeszcze irytujesz tym wszystkich ludzi dookoła mówiąc: „Nie zjem tego, bo jestem na diecie”. Po co? Nie mam pojęcia, bo i tak każdy wie, że nie miną dwa tygodnie jak znów zaczniesz opychać się pizzą.

Po drugie, robisz to tylko przez krótki okres czasu w ramach programu „Chudy tyłek” rekomendowanego przez panią doktor z amerykańskim nazwiskiem (w Polsce zawsze dodaje to kilka mocnych punktów do mądrości). Kończysz program i już od następnego dnia odżywiasz się tak jak przed dietą, co daje ci ukochany efekt jojo. Efekt jojo to nic innego jak skutek oczekiwania, że raz nabyta umiejętność np. przebiegania maratonu, utrzyma się przez całe życie, mimo że swoją aktywność fizyczną ograniczy się do kursowania w trójkącie bermudzkim: łóżko-łazienka-lodówka.

Po trzecie, zwykle jednak nie wytrzymasz nawet tych kilku tygodni.

Po czwarte, po drodze rozregulowujesz swój organizm i równie prawdopodobne jest to, że nie dostarczasz mu wystarczającej ilości składników odżywczych.

A po piąte, dla osób patrzących z zewnątrz wyglądasz na średnio rozgarniętą dziewczynkę, która wierzy w to, że będzie kopciuszkiem XXI wieku i w miesiąc zamieni się w księżniczkę, pozna księcia i będzie żyła długo i szczęśliwie.

Problem nie tkwi w tym, że kobietom stawia się nierealistyczne oczekiwania jeśli chodzi o idealny wygląd. To akurat świetna sprawa, bo każdy chętnie zobaczy na ulicy więcej atrakcyjnych kobiet niż tych, które wyglądają jak Frodo w drodze do Mordoru. (Osobiście nie przeszkadzałoby mi też gdyby podwyższyć wymagania dotyczące mężczyzn, dzięki czemu na słowo „poszetka” nie reagowaliby słowami: „Obrażasz mnie pedale?” i nie dostawali ataku paniki widząc spodnie w innym kolorze niż czarne, szare lub granatowe.)

Problem jest w tym, że zamiast uczyć się zdrowych nawyków żywieniowych, kobiety wolą liczyć na natychmiastową gratyfikację w postaci ciała Gisele Bündchen, a kiedy to się nie udaje, zrzucają winę na wszystkich dookoła: tarczycę, mężczyzn, społeczeństwo i braci McDonald za stworzenie cheeseburgera.

Fajne laski tak nie robią. One zamiast się odchudzać uprawiają sport i odżywiają się świadomie, wiedząc co jedzą, dbając o jakość tego co wkładają do ust, nie wpadając w cug impulsywnego pochłaniania kalorii i nie męcząc wszystkich dookoła opowieściami z cyklu: „Ja teraz jem tylko tuńczyka, ale za tydzień będę jadła tuńczyka z plasterkiem pomidora”.

To kim jesteśmy jest kwestią nawyków i nie da się mieć ciała szczupłej, normalnej dziewczyny mając styl życia otyłej. To kwestia codziennych zachowań, a nie diety z doskoku.

Dopóki tego nie zmienisz zawsze będziesz tą, która Znów Jest Na Diecie, a tak się składa, że umiejętność sprawnego przeliczania kalorii i martwienie się o swoje ciało, nigdy nie są tym co mężczyźni lubią w kobiecie.

I obawiam się, że nigdy tego nie polubią.

  • Łukasz

    Ogarnięte laski się nie „odchudzają” tylko są np. w trakcie redukcji. To spora różnica. Jeszcze bardziej ogarnięte wiedzą, że dieta(ze starogreckiego diaita – „styl życia”), to – UWAGA – sposób odżywiania, a nie obcinanie kcal o 70%. To jest głodówka. Szczyt ogarnięcia kobieta osiąga wtedy, gdy wie, że na sylwetkę w stylu fit, trzeba zapracować i to zapracować ciężko, z ciężarami, a nie spacerując na bieżni. Do tego wie jakie jest jej dzienne zapotrzebowanie kaloryczne, ma w diecie same wartościowe produkty, nie ulega „małym pokusom” i nie wpieprza pączków/czekolady/ciastek gdy nikt nie widzi, ani też nie chleje wina butelkami, gdy jest jej smutno. A do tego jest pełna energii, z wizją sukcesu i jak pocisk nakierowana na osiągnięcie konkretnego celu :)

    • Boruta

      Nie, szczyt to jest wtedy gdy jak wpieprza pączki/czekoladę/ciastka i chleje wino butelkami, to po prostu zwiększa tęempo na worku. ;-)

      • Łukasz

        Nie wiem, czy chodzi Ci o worek ziemniaków do obrania, czy o worek bokserski, ale wiem, że w takim przypadku są jedynie bardzo pocieszne :) Ale jestem świadom tego zjawiska. To wszystkie te, które mówią, że mogą teraz iść na tego BigMaca, bo właśnie wracają z fitnessu.

  • ebro

    Na początkowym etapie odchudzania rezygnacja z takich bomb kalorycznych jest raczej wskazana, nawet gdy uprawia się wtedy sport, ale z czasem gdy już zrzucimy parę kg. to i metabolizm przyśpiesza, a co za tym idzie możemy sobie pozwolić na więcej takich wypadów do hamurgerowni :P

  • E

    Worek na twoją katolską spermą musi aż tak wyglądać ?? no to gratulacje .. gdzieś widziałam podobną gębę bez wyrazu… ale z nagim tyłkiem chyba u jakiego sadysty na blogu onetu ;D
    Rachela czy pan Racheli czy jakoś tak.. ale czemu takie żydowskie nazwy ???

    • zonk

      Ach te kompleksy i wylewanie płaczu w interenetach….:)

      • E

        kompleksy kogo autora .. homo erectusa o ciągłym niezaspokojonym popędzie płciowym.. patrz nagminne plecenie i bredzenie o sexie..Podejrzewam że z własnego lenistwa i wygodnictwa alias ograniczeń ruchowych… Pod drugie autor nie grzeszy atrakcyjnością.. ani intelektem.. zwłaszcza tym poznawczym.. i prawie zerowym emocjonalnym.. Co de facto jest potwierdzeniem innych teorii od których ostatnio odchodzę jako radykalna ateistka..ale to nie ten temat. Można powiedzieć.. jest książkowym przykładem .. bo spotkałam już parę takich osób….

      • Rumcajs

        Generalnie to ja z tego komentarza nic nie zrozumiałem, ale chyba jestem mało inteligentny :D

        • http://5levels.pl 5levels

          To zupełnie jak ja :D

          • eM

            Ciekawych miewasz czytelników ;) ale szacun za „wolność słowa” :)

  • eM

    Powalasz czasem ignorancją ;) słyszałeś kiedyś, że za sukces w odchudzaniu odpowiada w 70% dieta a tylko w 30% sport? I nie stek, burger i pizza to nie są dietetyczne produkty. Albo chcesz się z kobietą obżerać, albo prowadzać z atrakcyjną niunią u boku. Ale to nie idzie w parze, więc coś za coś.
    To tak jakbym powiedziała, że bardzo chcę faceta z kaloryferem na brzuszku, ale wolałabym żeby wieczorami zamiast w siłowni oglądał ze mną seriale kryminalne… Kumasz?
    Kobieta prawdziwie świadoma swojego ciała nie pójdzie z Tobą na burgera, bo wie, ile musi potem kilometrów wybiegać, żeby go spalić…

    • http://koincydencje.pl/ VQ

      padłam. ale powstałam, bo mam silne mięśnie i dużo jem. i jestem chuda oraz świadoma swego ciała. kumasz?

    • http://oh-goddammit.blogspot.com/ Agnieszka Rola

      Srsly? Współczuję przemiany materii. Znaczy moja też nie jest jakaś super, ale z tego, co zrozumiałam, to autorowi chodziło o to, żeby OD CZASU DO CZASU (czyli nie ciągle, ale na przykład raz na tydzień, może dwa, w innym tłumaczeniu – na pewno nie codziennie i co drugi dzień, w jeszcze innym – nie na każdy obiad czy kolację. Pojęłaś? Chociaż nie wiem, może Ci to narysować jakoś?) dało się z dziewczyną wyjść na hamburgera bez wysłuchiwania, jak to ona się odchudza. Jak ktoś jest totalnym ortodoksem dietowym zawsze może zjeść sobie tę wołowinę bez bułek, z samymi warzywami. Co więcej – niektóre burgerownie oferują już hamburgery w „alternatywnych” bułkach, na przykład bezglutenowych albo z bakłażana. Przykładowo ja w tygodniu ograniczam puste węgle i odrzucam cukry proste, a przy tym ćwiczę kilka razy w tygodniu (i to nie z Chodzią na dywaniku), dzięki temu mogę raz na jakiś czas iść z chłopakiem na coś niezdrowego albo zjeść lazanię, albo na imprezie rodzinnej nie opowiadać wszystkim wkoło, że ja tylko sałatę bo o siebie dbam.

      • Nibi

        O Haki (z góry przepraszam CIę za interpunkcję) <3
        Popieram! Jak człowiek NA CODZIEŃ prowadzi zdrowy tryb życia: zbilansowana dieta, sport dużo wody do picia… to jak raz na jakiś czas pochłonie pizze czy butelkę (lub dwie ;) ) wina to się nagle nie zrobi z niego człowieczek Michelin. I szczerze mówiąc to uwielbiam czasem zjeść pół litra ben&jerries bo mam na to ochotę. Ale cóż na siłowni (ciężary i HIITy) jestem średnio 2-3 razy w tygodniu a do tego biegam, tańczę, jeżdżę na rowerze więc mogę. Więcej mięśni = większe zapotrzebowanie na energię = szybszy metabolizm :D

        Akurat najnowsze badania wykazują, że sama dieta może być bardziej efektywna niż połączenie zdrowego odżywiania i ćwiczeń jedynie przez 3-6 miesięcy (gratuluję wytrwałości dla tych co im się udało te 6 miesięcy być na diecie redukcyjnej). Aby efekt zrzucania wagi był stabilny i utrzymywał się dłużej niż te 3-6 miesięcy musi być prowadzona zdrowa dieta+ćwiczenia (bo metabolizm przy ograniczeniu kalorycznym spowalnia, a jakikolwiek nadmiar cukru zamienia na tłusz – bo bida i trzeba zostawić trochę na później). Więcej tu: http://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/25257365