Co wypada eleganckiemu mężczyźnie?

Co wypada eleganckiemu mężczyźnie?

Jeśli przeglądacie czasem Mr. Vintage, Czas Gentelmenów albo stronę Tomasza Milera to z pewnością zauważyliście takie pytania. Bardzo łatwo znaleźć też ich rozmaite odmiany: „Czy dżentelmenowi wypada mówić ‘zajebiście’/Czy elegancki mężczyzna może chodzić do fast foodów/Czy można wlewać colę do whisky i wciąż nazywać się mężczyzną z klasą/Jak prawidłowo i z klasą korzystać z komórki/Czy można dać kobiecie klapsa/Czy jeśli ubierania garnituru nie poprzedzi się całym rytuałem bezsensownych działań to umrze się w męczarniach?”.

Ze swojej strony proponuję również o dołączenie do listy pytania o to czy swoje jaja nosić ze sobą czy zostawiać w domu na specjalne okazje. I tego czy mówiąc to nie złamałem przypadkiem jakiejś bardzo ważnej zasady.

Nie da się sprowadzić kultury do zbioru prostych reguł tak samo jak nie da się do nich sprowadzić posiadania stylu albo bycia facetem. Owszem, są zasady. Niektóre kolory po prostu źle ze sobą wyglądają, pewne fasony ubrań skracają, wydłużają, pogrubiają lub wizualnie wyszczuplają sylwetkę, a crocksy nie do końca pasują do garnituru.

To jednak drobiazgi. Niemal cała reszta to płynna, gęsta masa, którą można dowolnie kształtować. W przeciwnym razie wciąż utrzymywałby się zwyczaj chłeptania kawy ze spodka zamiast z filiżanki jak to miało miejsce kiedy kawa dopiero weszła na europejskie salony. Kultura to nie skamielina tylko żywy organizm, który można modyfikować, a tym bardziej nie jest to balast, który ma kogoś powstrzymywać przed doświadczeniem odrobiny frajdy. A później każdy się dziwi, że „dżentelmen” to synonim słowa: „nudziarz”.

Wykres skuteczności wszystkich działań ma kształt paraboli. Im bezpieczniejsze działanie tym mniejsza jego skuteczność. Najwyższą skuteczność posiada się działając na granicy z bezczelnością, a po jej przekroczeniu skuteczność dramatycznie spada. Sprawdza się to w każdym przypadku i dlatego nigdy nie jest uosobieniem skuteczności „miły chłopiec” jak i zwykły cham, który przekroczył granicę, przy której byłby wciąż czarującym i atrakcyjnym chamem. Jakakolwiek skuteczność wymaga flirtu z zasadami, naginania ich, a czasem łamania, bo w przeciwnym razie stajesz się ich niewolnikiem – smutnym robotem, któremu założenie złego koloru skarpetek do butów odbiera chęć do życia.

Jeśli pisząc to wychodzę na kogoś kto nie ma szacunku do kultury i jest nieokrzesanym bydlęciem to bardzo dobrze, bo mało rzeczy wyobrażam sobie gorszych niż stanie się „eleganckim mężczyzną”. Za to w dużej mierze jest dla mnie ideałem postać Rhetta Butlera z kobiecego, starego filmu jakim jest „Przeminęło z wiatrem” (takie dawne „50 twarzy Greya” tylko że ze stylem. Jeśli macie wolne cztery godziny (serio aż tyle!) to polecam obejrzeć), a który do tej pory w rankingach na najbardziej pociągającą postać filmową zajmuje miejsca w ścisłej czołówce.

Rhett Butler jest obrzydliwym oportunistą, który zarabia gruby hajs, łamie serca i na zarzut: „Dżentelmen tak się nie zachowuje” odpowiada z wdziękiem: „Nigdy nie mówiłem, że nim jestem”. Cudze zasady ignoruje, robi to co uważa za słuszne, nie daje się wpędzić w poczucie, że coś musi zrobić i przede wszystkim nie jest na tyle mdły, żeby zapytać czy wolno mówić mu „zajebiście” czy też może od tego umrą ostatnie pandy.

Słyszycie w ogóle jak brzmią takie pytania?

Mam nadzieję, że tak, bo ich zadawanie jest gorsze dla osobowości niż ebola dla Afryki. 

  • http://czasgentlemanow.pl/ Łukasz Kielban

    Niestety na jednego Rhetta Butlera, który odniósł sukces, przypada pewnie z 1000 jednostek, które nie trudzą się autorefleksją i większość z nas nie miałaby najmniejszej ochoty przebywać z nimi w jednym pokoju.

    To, że czasem zastanawiamy się co wypada, a co nie, nie ma służyć ograniczaniu nas samych, tylko wskazywaniu drogi. Każdy jest przecież inteligentną jednostką i nie robi nic przeciwko sobie. Nikt tego nie robi ze łzami w oczach. Proste zasady dają natomiast silne poczucie poruszania się w konkretnej, zastanej rzeczywistości. Systemie znaków, które w miarę dobrze wszyscy rozumiemy. A nie w świecie, który każdy osobno sobie tworzy we własnym „stylu”.

    Co nie zmienia faktu, że to nie musi być opcja dla wszystkich.

    Pozdrawiam serdecznie!

    • http://5levels.pl 5levels

      Zgadzam się Łukasz – w końcu fajnie jeść nożem i widelcem, a nie palcami albo piszczelem wcześniej upolowanej przez siebie sarny :) Inna sprawa, że wciąż jest różnica między wskazaniem drogi (co jest w porządku), a towarzyszeniem komuś w robieniu każdego małego kroku (co jest odpowiednikiem pytania o to czy można mówić „zajebiście”).

      Co nie zmienia tego, że zarówno ty jak i reszta osób zajmująca się szeroko rozumianym dżentelmeństwem robi tym kawał dobrej dobrej roboty, a że trafiają się zabawni czytelnicy, którzy nie łapią, że warto mieć we wszystkim trochę więcej luzu to już inna sprawa. W końcu gdzie oni się nie trafiają?

  • http://chicamala.pl/ Chica Mala

    Zgadzam się. Niektórzy przesadzają z ilością pytań i ze stopniem ich skomplikowania. To trochę tak, jakby wcale nie posiadali własnego mózgu i oczekiwali, że ktoś wszystko za nich zrobi…

  • Bartosz

    „Najwyższą skuteczność posiada się działając na granicy z bezczelnością, a po jej przekroczeniu skuteczność dramatycznie spada.” Podpisuję się pod tym obiema rękami (a nawet rękoma), ale trzeba wielokrotnie tę granicę przekroczyć, aby potem móc umiejętnie na niej balansować.

  • Boruta